Red Dead Redemption

Red Dead Redemption
Rok premiery: 2010
Platforma: Xbox360

Ma ktoś może ochotę na krwisty stek? Łatwo nie będzie skombinować coś takiego, a nawet gdyby, to potrzebny jest klimat. Taaaak … klimat. W końcu np. popcorn najlepiej smakuje w kinie. W tym jednak przypadku, musimy się obejść smakiem tego pieczonego kawałka mięsa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło a mianowicie: nie tylko przeniesiemy się na dziki zachód rodem z westernu ale doświadczymy również takich smaczków, jak wypas bydła i poskramianie dzikich koni. Chociaż, jak na razie, nadal same nudy. Dodam więc, że weźmiemy udział w wielu potyczkach na śmierć i życie oraz pojedynkach na rewolwery. Mieszając to ze Slow-Motion, dostajemy bardzo ciekawe połączenie, czego kwintesencją jest dopracowanie klimatu, budynków, zachowania ludzi i cały widoczny krajobraz. Prawdziwy western który wciąga na wiele godzin. Wcielamy się w niejakiego Johna Marstona. Poszukuje on rodziny i aby ją odzyskać, niejednokrotnie wykonuje zadania powierzone przez  osoby, które znają położenie jego bliskich.  Musi to robić, gdyż stanowi to swego rodzaju pokutę. John w przeszłości był czarnym charakterem, jednak zdecydował się przejść na „jasną stronę mocy”. Pierwsze rzeczy które rzucają się w oczy po włączeniu gry, to masa nawiązań do GTA IV, oczywiście pod względem technicznym. Te same ruchy bohatera, ta sama mapa, celowanie, nawigacja, wybór interakcji. Nie można uznać tego za błąd, gdyż niektóre rozwiązania sprawdziły się o wiele lepiej tu, niż w przygodzie z Nico (jak choćby automatyczne celowanie we wrogów). Zamiast samochodów (choć trafił mi się jeden – niestety tylko w sekwencji na szynach) podróżujemy konno. Początkowo ciężko okiełznać naszego siwka, szczególnie, że szybsze tempo jazdy, jak choćby galop, nie sprowadza się do bezmyślnego duszenia jednego przycisku, a do równomiernych, regularnych kliknięć. Z jednej strony szczegół, a z drugiej miły smaczek. Z transportu to tyle, przejdźmy do samej rozgrywki. Cele główne i poboczne są na mapie, tak więc wybieramy które chcemy a zaprowadzi nas do tego automatyczny wyznacznik trasy. Średnio komponuje się to w klimat, ale na pewno jest bardzo pomocne. Po dotarciu do celu, często doświadczamy przerywników filmowych, nie są specjalnie ekscytujące, chętni jednak mogą jeszcze bardziej wdrożyć się w ten, jak by nie spojrzeć, ciekawy świat. Potem, jak to bywa w 98% przypadków, zabieramy się za danie główne tzn. dziurawimy wrogów jak i czym popadnie. W broniach znalazł się, a jakże, rewolwer, shotgun, strzelba i snajperka oraz parę innych podobnych do wyżej wymienionych. Super rozwiązaniem jest lasso i możliwość ciągnięcia na nim złapanych ofiar – piękne, a ile daje satysfakcji.  Będąc pod ostrzałem, niczym w Gears of War, chowamy się za osłonami i wtedy możemy prowadzić ogień ofensywny. Nie jest bardzo ciężko przeżyć, choć gdy zaatakuje nas paru rzezimieszków, robi się naprawdę gorąco. Rockstar zadbało jednak i o to, dodając spowolnienie czasu, w którym mamy możliwość zaznaczenia delikwentów, których życzymy sobie zlikwidować. W początkowej fazie gry zapomniałem całkowicie o tym dodatku, jednak potem stał on się nieoceniony, niejednokrotnie ratował mnie z opresji i za każdym użyciem dostarczał masę frajdy. Super opcja, dobrze komponująca się w całość. Miasteczka zostały bardzo ładnie dopracowane, złapałem się nawet na tym, że przystawałem na moment i podziwiałem pewne budowle. Dużo szczegółów i dopracowanie w tym sensie, że np. można zbić prawie każdy wazon i naczynie w dowolnym mieszkaniu. Mimo jednak mojej miłość do wszelkiej maści miast i zabudować, także natura ma bardzo mocne argumenty. Kaniony, ogólnie wszystkie głazy, kaktusy, lasy, góry, to wszystko stwarza wizje głęboko zapadające w pamięć. Rzeczą jednak, która rozłożyła mnie na  łopatki, był wschód słońca… szczena opada… „nie do opowiedzenia – do zobaczenia”.

Pan Marston w wolnym czasie może pograć w karty, przebrać się lub odwiedzić lokalne sklepy. Dane mu jest również zakupić sobie (nie jedno) mieszkanie, w którym potem zapisuje się stan gry. Nasz kowboj może także zakupywać ulepszenia dla konia, mapy i siebie. Uzbrajać się w amunicję a nawet wypić parę drinków przy barze, co kończy się pójście chwiejnym krokiem spać. Zakończenie naszych działań i wiążące się z nim skutki, łapią za serce, nie zdradzę jednak o co chodzi. Spoilery potrafią popsuć całą zabawę (tak, pozdrawiam siostrę), tak więc lepiej ich unikać. Widok w 3 osobie, co osobiście bardzo lubię, dobra fabuła (choć niestety trzeba chwilę zaczekać aż się rozkręci) i cały klimacik, są godne wydania tych paru złotych na tę produkcję. Ktoś chcę stek? John Wam upoluje ;D „Bo jakoś trzeba żyć w tym lub innym świecie” – Paolo Coelho

Karol Malec

Ten wpis został opublikowany w kategorii Recenzje. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>