Red Dead Redemption

Red Dead Redemption
Rok premiery: 2010
Platforma: Xbox360

Ma ktoś może ochotę na krwisty stek? Łatwo nie będzie skombinować coś takiego, a nawet gdyby, to potrzebny jest klimat. Taaaak … klimat. W końcu np. popcorn najlepiej smakuje w kinie. W tym jednak przypadku, musimy się obejść smakiem tego pieczonego kawałka mięsa. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło a mianowicie: nie tylko przeniesiemy się na dziki zachód rodem z westernu ale doświadczymy również takich smaczków, jak wypas bydła i poskramianie dzikich koni. Chociaż, jak na razie, nadal same nudy. Dodam więc, że weźmiemy udział w wielu potyczkach na śmierć i życie oraz pojedynkach na rewolwery. Mieszając to ze Slow-Motion, dostajemy bardzo ciekawe połączenie, czego kwintesencją jest dopracowanie klimatu, budynków, zachowania ludzi i cały widoczny krajobraz. Prawdziwy western który wciąga na wiele godzin. Wcielamy się w niejakiego Johna Marstona. Poszukuje on rodziny i aby ją odzyskać, niejednokrotnie wykonuje zadania powierzone przez  osoby, które znają położenie jego bliskich.  Musi to robić, gdyż stanowi to swego rodzaju pokutę. John w przeszłości był czarnym charakterem, jednak zdecydował się przejść na „jasną stronę mocy”. Pierwsze rzeczy które rzucają się w oczy po włączeniu gry, to masa nawiązań do GTA IV, oczywiście pod względem technicznym. Te same ruchy bohatera, ta sama mapa, celowanie, nawigacja, wybór interakcji. Nie można uznać tego za błąd, gdyż niektóre rozwiązania sprawdziły się o wiele lepiej tu, niż w przygodzie z Nico (jak choćby automatyczne celowanie we wrogów). Zamiast samochodów (choć trafił mi się jeden – niestety tylko w sekwencji na szynach) podróżujemy konno. Początkowo ciężko okiełznać naszego siwka, szczególnie, że szybsze tempo jazdy, jak choćby galop, nie sprowadza się do bezmyślnego duszenia jednego przycisku, a do równomiernych, regularnych kliknięć. Z jednej strony szczegół, a z drugiej miły smaczek. Z transportu to tyle, przejdźmy do samej rozgrywki. Cele główne i poboczne są na mapie, tak więc wybieramy które chcemy a zaprowadzi nas do tego automatyczny wyznacznik trasy. Średnio komponuje się to w klimat, ale na pewno jest bardzo pomocne. Po dotarciu do celu, często doświadczamy przerywników filmowych, nie są specjalnie ekscytujące, chętni jednak mogą jeszcze bardziej wdrożyć się w ten, jak by nie spojrzeć, ciekawy świat. Potem, jak to bywa w 98% przypadków, zabieramy się za danie główne tzn. dziurawimy wrogów jak i czym popadnie. W broniach znalazł się, a jakże, rewolwer, shotgun, strzelba i snajperka oraz parę innych podobnych do wyżej wymienionych. Super rozwiązaniem jest lasso i możliwość ciągnięcia na nim złapanych ofiar – piękne, a ile daje satysfakcji.  Będąc pod ostrzałem, niczym w Gears of War, chowamy się za osłonami i wtedy możemy prowadzić ogień ofensywny. Nie jest bardzo ciężko przeżyć, choć gdy zaatakuje nas paru rzezimieszków, robi się naprawdę gorąco. Rockstar zadbało jednak i o to, dodając spowolnienie czasu, w którym mamy możliwość zaznaczenia delikwentów, których życzymy sobie zlikwidować. W początkowej fazie gry zapomniałem całkowicie o tym dodatku, jednak potem stał on się nieoceniony, niejednokrotnie ratował mnie z opresji i za każdym użyciem dostarczał masę frajdy. Super opcja, dobrze komponująca się w całość. Miasteczka zostały bardzo ładnie dopracowane, złapałem się nawet na tym, że przystawałem na moment i podziwiałem pewne budowle. Dużo szczegółów i dopracowanie w tym sensie, że np. można zbić prawie każdy wazon i naczynie w dowolnym mieszkaniu. Mimo jednak mojej miłość do wszelkiej maści miast i zabudować, także natura ma bardzo mocne argumenty. Kaniony, ogólnie wszystkie głazy, kaktusy, lasy, góry, to wszystko stwarza wizje głęboko zapadające w pamięć. Rzeczą jednak, która rozłożyła mnie na  łopatki, był wschód słońca… szczena opada… „nie do opowiedzenia – do zobaczenia”.

Pan Marston w wolnym czasie może pograć w karty, przebrać się lub odwiedzić lokalne sklepy. Dane mu jest również zakupić sobie (nie jedno) mieszkanie, w którym potem zapisuje się stan gry. Nasz kowboj może także zakupywać ulepszenia dla konia, mapy i siebie. Uzbrajać się w amunicję a nawet wypić parę drinków przy barze, co kończy się pójście chwiejnym krokiem spać. Zakończenie naszych działań i wiążące się z nim skutki, łapią za serce, nie zdradzę jednak o co chodzi. Spoilery potrafią popsuć całą zabawę (tak, pozdrawiam siostrę), tak więc lepiej ich unikać. Widok w 3 osobie, co osobiście bardzo lubię, dobra fabuła (choć niestety trzeba chwilę zaczekać aż się rozkręci) i cały klimacik, są godne wydania tych paru złotych na tę produkcję. Ktoś chcę stek? John Wam upoluje ;D „Bo jakoś trzeba żyć w tym lub innym świecie” – Paolo Coelho

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

GAME OVER ? :(

Czy nadchodzi śmierć?


http://openbeta.pl/trup-sie-sciele-gesto-czyli-rok-w-mediach/?fb_comment_id=fbc_265500266909274_1155031_265527780239856#ff69e1fb902b9e

 

Po zapoznaniu się z powyższym tekstem, już w 100% widzę powagę sytuacji, w jakiej znajduje się świat konsol. Padają czasopisma, także firmy deweloperskie, jak THQ które dzisiaj ogłosiło upadłość. Wydawać by się mogło, że przecież niektóre produkcje sprzedają się w milionach sztuk, w ciągu kilku dni od premiery. Tak jest ale jak widać to i tak za mało. To tak zwane „tasiemce” czy „odgrzewane kotlety”, które  podobają się nadal ale niestety wypierają innych twórców i ich kreatywne projekty. Innymi słowy, giganci rządzą graczami hardcorowymi. Od czasu do czasu pojawia się powiew świeżości, ale to jest zwyczajna konkurencja (w końcu jest parę naście rodzajów kotletów). Casuale żądzą rynkiem? Jest ich najwięcej? Co z tego, skoro jak zostało wspomniane w wypowiedzi, nie kupowali nawet Playboxa, który był dedykowany specjalnie dla nich, a jedną czy dwie gry na sensory ruchu typu Kinect czy Move. Jak oni mają napędzać rynek kupując 1-2 gry w roku? Nie będą go zbytnio napędzać. Kto więc to robi? MY, prawdziwi gracze, to my staramy się regularnie wydawać fortunę na premiery najnowszych hitów. To MY kupujemy gazety o grach, rozmawiamy o nich na forach. My jesteśmy trzonem, który utrzymuje całość. Dlaczego więc jest źle? Bo nasz trzon słabnie, jest nas coraz mniej. Stereotypy typu „jesteś za stary na gry” skutecznie eliminują kolejnych fanów tego hobby. Dzielimy się i walczymy między sobą, o czym wspomniałem w temacie „Fanboye”. Dlatego casuali jest coraz więcej, bo mają dostęp do takich rzeczy jak smartfon, tablet czy gry on-line chociażby na facebooku. Ale oni NIE napędzają rynku, MY to robimy. Jest Nas mało ale jednak się trzymamy. Z bolącym sercem patrzę na przedstawione statystyki i wnioski dot. branży gier, jednak są one prawdziwe. Wszystko i każdy przeżywa pewne wzloty i upadki – nawet cała ludzkość po czasach średniowiecza (czasu średnie, zacofania, braku rozwoju nauki kultury) doczekała się renesansu (odrodzenia, powrotu do korzeni – antyku).

Niech i tym razem tak będzie ale w stosunku do prawdziwych graczy, którzy wytrzymają te trudne chwilę. Wielu na pewno przejdzie na „ciemną stronę mocy”, porzuci pasję ale część musi się utrzymać. Miejmy wiarę na lepsze jutro, co wykazuje również autor zamieszczonego artykułu. Nadejdzie dzień, gdy developerzy „przejadą” się na pierdółkach na telefony i graczach niedzielnych. Kiedy dotrze do odbiorcy masowego, że FREE-TO-PLAY jest złe. Kino miało upaść na rzeczy odtwarzacz-ów DVD/Bluray, jednak jest odwrotnie. To wg. moich obserwacji ci drudzy są w gorzej kondycji a społeczeństwo woli się jednak wyrwać raz na jakiś czas do kina. Niech i w tym przypadku tak będzie. Liczmy na lepsze jutro, bo jeśli ono nie nadejdzie, to wolałbym aby koniec świata nastąpił jutro i zniszczył wizję oraz plany tej szarej rzeczywistości

Karol Malec

Opublikowano O wszystkim i o niczym, czyli refleksje | Skomentuj

Dark Souls

Dark Souls
Rok premiery: 2011
Platforma: XBOX 360

Mówili: „jest trudno”, „najbardziej wymagająca gra roku”, „tylko dla najwytrwalszych”- nie słuchałem … Tak więc, 26 września 2012r. Dark Souls wylądowało w moich rękach, jako prezent urodzinowy od mamy (dzięki ;D ). Cóż to była za radość, gdy zamiast przy biurku odrabiać lekcje, znalazłem się w lochu (w końcu to urodziny – trochę luzu – nie? ;) ) pełnym dość dziwnych pokrak. Stonowane kolory, szczegółowo dopracowane otoczenie, widok w trzeciej osobie – no jest ciekawie. Poruszanie postacią oddaje wrażenie jej wagi, z kolei na tę, wpływa pancerz i ekwipunek. Im większe i cięższe tałatajstwo nosimy, tym nasz bohater porusza się wolniej, co w konsekwencji może się skończyć bardzo źle, w czasie pojedynków. Komicznie jednak wyglądają zwłoki pokonanych wrogów, które kopiemy jak elastyczny styropian – w tej kwestii realizmu nie ma, ale jest w innej, a mianowicie: możliwy jest skok z każdej skarpy, kończący się oczywiście zgonem, sprytni jednak, mogą to obrócić na własną korzyść  i spychać wrogów. Co do samych starć, mógłbym się dość długo rozpisywać, jednak podstawa, to trzymanie tarczy w pogotowiu, obeznanie w przyciskach i unikach oraz najważniejsze – zręczność. Za zabójstwo delikwentów wpadają punkty/przedmioty. Rozwijamy się przy ogniskach, służących jako miejsca zapisu stanu gry, ale uwaga: podczas każdorazowego odpoczynku przy tych oto ogniskach, łącznie z naszym zdrowiem odradzają się wszystkie ścierwa, jakie dotąd zostały pokonane. Niejednokrotnie stawia to przed nami dylemat, zregenerować zdrowie, ale od nowa wycinać wszystkich w pień, czy zaryzykować i iść dalej bez saveu. Ja radzę korzystać z opcji nr jeden, gdyż giniemy tutaj często i gęsto. Z poziomem trudności nie ma żartów, każdy popełniony błąd to znaczny uszczerbek na pasku zdrowia. Napis „YOU DIED” będzie Wam się śnił po nocach. Z tą grą nie ma zabawy. Jest bezkompromisowa, dosadnie tłumaczy co to znaczy cierpliwość i pokora. Właśnie tu chłopcy są oddzielani od mężczyzn. Osobiście spędziłem z tą produkcją około 8h… i doszedłem do zaledwie trzeciego ogniska, jakie napotkałem po drodze. Pierwsza sesja trwałą 3 godziny, przez które tak naprawdę uczyłem się zasad rządzących tym światem, zużyłem wszystkie uzdrawiacze, dopalacze a ponadto coś się zje**** z mieczem i prawie w ogóle nie zadawał obrażeń. Bezsensowna sytuacja, pozostało więc zacząć wszystko od nowa. Tym razem poszło lepiej, ale nadal utknąłem w tym samym miejscu :/ . Jakiś zasrany jeżo-dzik niszczy mnie jak 3DS PS Vite w Japonii.

Tu nawet poradnik niewiele pomaga. Wg. własnych doświadczeń, różne poziomy trudności w grach to podstawa. Elita – proszę bardzo, niech sobie przejdzie całość na hardzie, nie mam nic przeciwko, ale co z resztą? Mógłbym spędzić z grą nawet 80h, ale nie stojąc w jednym miejscu ! Z jednaj strony satysfakcja, jeśli się coś uda a z drugiej frustracja. Tu nie ma złotych środków. Ostatecznie, tę pozycję się kocha albo nienawidzi. Od strony technicznej wszystko trzyma poziom. Ładne miejscówki i widoki, co trochę skrzynie ze znajdźkami. Muzyka puszczana jest do walki z bossami, poza tym słyszymy tylko kroki naszego herosa. Ścieżka dźwiękowa wpada w ucho. Za to twarz naszej postaci, wygląda na strasznie „przypaloną” (dosłownie!). O fabule nie wiadomo za wiele, szczątkowych informacji dostarczają napotkani po drodze NPC-e, a poza tym, Dark Souls nie zostało zlokalizowane. Wspomniałem o poziomie trudności i oprawie, ale nie o tym, z czym spotkamy się po drodze – wrogowie. Do momentu w którym utknąłem, na przeszkodzie stanęli szkieletorzy – nie, nie takie zwykłe, a opancerzone i dzierżące miecze, dzidy, tudzież kusze. Natknąłem się też na bardzo przerośnięte szczury, pewnie je hodowali na jakich dopalaczach, jak te amerykańskie kurczaki w supermarketach. Do tego byk na dwóch nogach i na ten moment, to tyle. Wszyscy wymienieni posiadają swoje specjalne ataki/taktyki, a że jest ciężko, to już wspominałem. Podsumowując, jest to pozycja dla prawdziwych hardcoreowców, posiadających nerwy ze stali, samozaparcie i nieprzeciętne umiejętności. Potrzebujesz wyzwania albo udowodnienia sobie, że jesteś najlepszym graczem? Zapraszam. Cała reszta niech omija ją z daleka lub „PREPARE TO DIE” (gdy czytacie te słowa, jest już dostępny w sklepach dodatek do gry ze wspomnianym „prepare to die” łącznie z cała grą).

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Gravity Rush

Gravity Rush
Rok premiery: 2012
Platforma: PS Vita

W końcu konsolka Sony doczekała się godnego exclusiva. Gravity Rush jest ciekawą i wciągającą przygodówką. Dużym plusem jest pomysłowość i różnorodność poziomów. Dobrze rozwiązano system walki z przeciwnikami. Możemy zadawać podstawowe kopniaki z ziemi jak również, wykorzystując grawitację (a dokładnie jej brak), te mocniejsze z powietrza. Dodano również atak specjalny po naciśnięciu trójkąta, dzięki któremu możliwe jest zniszczenie paru przeciwników na raz. Wisienką na torcie są dialogi w formie komiksu, gdzie poszczególne obrazki zmieniamy dotykając ekranu lub klawiszy – tu mamy wolność wyboru. Fabuła trzyma się kupy, myślę, że potrafi zaciekawić, choć gra dostępna jest tylko w języku angielskim. Wcielamy się w młodą bohaterkę, która wraz z kotem (dającym jej władzę nad ową grawitacją), próbuje ocalić świat przed obcymi zwanymi „Navi”. Atakują oni z zaskoczenia i przybierają różne formy oraz wielkości, czyli zmagamy się z tym samym tylko w różnych kształtach. Do odnalezienia i ocalenia jest parę części miasta, które skupiają się wokół tajemniczego komina. Nasza heroina ma własne lokum, w pewnym sensie w pozostałościach po kanale ściekowym, gdzie możemy ją przebrać, zapisać grę lub użyć opcji szybkiej podróży do dowolnej odblokowanej części aglomeracji.

Grafika, mimo swojej „bajkowości” lub „komiksowości” wygląda bardzo ładnie, animacja nigdy nie zwalnia, co także jest dużym plusem. Do walki staniemy w bardzo różnorodnych i pokręconych miejscach, jak np. korytarz lawy, albo chociażby środek wspomnianego komina. Są też dodatkowe zadanka, porozrzucane po wszystkich lokacjach, polegające na zniszczeniu w danym czasie określonej liczby nieprzyjaciół lub dotarciu na czas w określone checkpointy. Za jak najlepsze ich wykonywanie dostajemy kryształy (takie fioletowe) o różnych kształtach, które służą jako waluta. Możemy za nie także ulepszać zdolności bojowe naszej postaci, w tym ataki specjalne, zdrowie, ilość grawitacji itp. „Pieniądze” porozrzucane są również w każdym poziomie fabularnym i w każdej części miasta, a ich zbieranie niezbędne, bo wraz z postępami, rozwijają się również przeciwnicy. Jedyne do czego można się przyczepić to brak polskiego języka, ale mimo to Gravity Rush jest extra i mam nadzieję na kontynuacje.

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Tolerancja – a raczej jej brak

Tolerancja – a raczej jej brak.

Tolerancją jak wiadomo, nazywamy umiejętność szanowania cudzych potrzeb i cudzych opinii, których nie dzielimy. Dotyczy ona oczywiście wszystkiego, ale w granicach rozsądku, bo chociażby bomby w samolocie, na cześć Bóstwa danej sekty, chyba nikt nie toleruje, oprócz jej wyznawców. Niemniej jednak, żyjemy w społeczeństwie, wydawało by się nowoczesnym, w którym wiele stereotypów poszło w niepamięć. Ale czy tak jest naprawdę? Rzeczywistość jest zgoła odmienna i co ważniejsze, nie dotyczy warstwy osób w podeszłym wieku, ale w średnim i poniżej. Nie jest to pozytywna perspektywa i nie sprzyja kontaktom między ludzkim, które tym bardziej są rujnowane przez wszelkiego rodzaju gry. Takie właśnie przekonanie krąży wśród ludzi „nie wtajemniczonych” , tak zwanego społeczeństwa masowego, które czerpie wszelką wiedzę głównie z telewizyjnych reklam i programów, niejednokrotnie mijających się z prawdą. To jest na szczęście stereotyp i Ci, którzy dysponują pewną wiedzą, mają świadomość, że jest całkiem odwrotnie. Wróćmy jednak do głównego tematu, który możemy rozbić na wspomniane wcześniej grupy wiekowe:

  • Osoby w podeszłym wieku – jak nietrudno się domyślić, są przeciwne wielu zmianom, które były lub są wdrażane. Nienawidzą oni szczególnie gier, gdyż wg. nich są ucieleśnienie „sił nieczystych”. Tu przytoczę znaną chyba wielu osobom wypowiedź: „Jeżeli twoje dziecko gra w demoniczne gry typu Diabolo- to wiedz, że coś się dzieję”. Nazwa jeszcze nic nie znaczy, a na pewno nie sprowadza na satanistyczną drogę. Głównym problemem jest krytyka rzeczy, o których się nie ma pojęcia, tak więc chętni niech uświadamiają tych uboższych w wiedzę.
  • Ludzie w wieku średnim – w tej kategorii sytuacja wygląda nieco lepiej. Widoczny jest niestety podział na zwolenników i przeciwników elektronicznej rozrywki. Część osób ją uznaje, chętnie zasiada przed konsolą lub czymkolwiek innym służącym do grania. Tworzą oni grupy, stowarzyszenia, utrzymują między sobą kontakt, jednak wielokrotnie powoduje to ich częściowe odcięcie, od innych osób o przeciwnych poglądach. Tu objawia się w pełni część społeczeństwa masowego i tego, jaki wpływ mają na nie media. Uważają, że liczy się tylko świat rzeczywisty, a ten wirtualny nie ma prawa bytu i jest zagrożeniem, które wciąga i robi tzw. „pranie mózgu” wszystkim którzy w nim uczestniczą. Dopatrują się wpływu gier na agresywne zachowania osób młodych, a nawet tego, że to przez nie dochodzi do takich wydarzeń, jak np. tragedia w Connecticut (
    http://www.ppe.pl/news-19727-Mass_Effect_winne_tragedii_w_Connecticut!.html
    ). Nikt nie bierze pod uwagę, że miało to miejsce w szkole – a jak wiemy (lub jeszcze ktoś nie jest tego świadomy), to szkoła potrafi doprowadzić niejednego ucznia do załamania psychicznego i urazu, który może skutkować powyższym zdarzeniem. Jest to oczywiście spekulacja, ale moim zdaniem bardziej uzasadniona, niż gry z serii Mass Effect. Media mogą wszystko i przez to łatwo manipulują ludźmi, a ci z kolei bezpodstawnie wyżywają się, na np. twórcach gier (w tym przypadku BioWare). Tak właśnie powstaje nie-tolerancja i chęć walki z czymś, co stanowi krople w morzu, porównując z np. szerzącym się homoseksualizmem.
  • Młodzież i osoby do około 25 lat – ze względu na wiek najbardziej rozumieją współczesne standardy rządzące światem, jednak i tu zdarzają się wyjątki. Niby wszystko ładnie pięknie, a jednak dochodzi do sporów i chociażby ja (17 wiosen na karku) ,byłem nazywany przez nielicznych rówieśników „no-lifem”. Nie rozumieją , że robię to, co lubię. I robię to w ograniczonych ilościach, posiadam nad tym kontrolę. Moja babcia bywa bardziej tolerancyjna niż oni. Dotyczy to w dużej mierze płci, bo tu przeciwniczkami są w większości panie, chodź i u panów można się dopatrywać, w tym jednoznacznym spojrzeniu, komentarza, typu: „ale debil, gra w gry, nigdy nie dorośnie”. Gry nie są wyznacznikiem dojrzałości. Z nich się nie wyrasta – do nich można dorosnąć. Zrozumieć jak głęboką treść mają dać nam co poniektóre pozycję, lub ile samej czystej frajdy, ma dostarczyć np. Mario (Forever ;D ). Jest to hobby, pasja jak każde inne. Bywa destrukcyjne ale w niepowołanych rękach, jak np. osób mających predyspozycje do uzależnień, czy chorób psychicznych.

Zbliżając się do końca swoich rozważań, chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na to, czy efekt szanowania innych pójdzie w dobrym kierunku, czy jednak dojdzie do podziałów i bezczelnych walk na własne racje. Ludzie z jednej strony chcą żyć w jak najlepszym gronie innych współobywateli, z drugiej jednak stają się nieczuli na potrzeby bliźnich. Nie jest do końca powiedziane, jak sprawy potoczą się dalej, ale miejmy nadzieję, że w dobrym kierunku. Weźmy pod uwagę fakt, dość znaczący, a mianowicie to, że w 99% przypadków to inne instytucje atakują branże gier, nigdy na odwrót. Dlatego też gracze lubią się odizolowywać, nie chcą zwracać na siebie uwagi (choć to się na szczęście zmienia) i tworzą własne grupy oraz stowarzyszenia, o podobnych poglądach. Jest to mile widziane, ale gdyby jeszcze cała reszta ludzi to zaakceptowała, było by idealnie. Opinie i wnioski, które przedstawiłem powyżej, oparte są w głównej mierze na własnych doświadczeniach i obserwacjach. Jeśli ktoś uważa inaczej, zapraszam do komentowania i polemiki ale podstawowy warunek: szanujmy się i zdanie innych, mimo, że go nie podzielamy.

Karol Malec

Opublikowano O wszystkim i o niczym, czyli refleksje | Skomentuj

Little Big Planet

Little Big Planet
Rok premiery: 2012
Platforma: PS Vita

Styczność z serią mam dopiero pierwszy raz, gdyż jestem szczęśliwym posiadaczem konsoli Microsoftu. Na szczęście Sony zadbało, aby ich kieszonsolka miała produkcje znane z dużych platform, posiadające renomę i zachęcające do ich kupna. Tak właśnie jest w tym przypadku i w nasze ręce oddano pomniejszą produkcję, prawdopodobnie jednak dorównującą serii, ba ! pod względem funkcji Vity nawet lepszą. Przechodząc do sedna, nie sposób nie wspomnieć o sterowaniu, które działa bardzo dobrze. Jest intuicyjne, urozmaicone możliwościami handhelda, tzn. Sackboyem sterujemy gałką, przycisk „X” odpowiada za skok, paluchem na obydwóch ekranach wsuwamy i wysuwamy bloczki a w niektórych miejscach, przechylając konsolę, przesuwa się trzymany obiekt. Wszystko bardzo dobrze działa i z powodzeniem zostało wkomponowane w rozgrywkę. Kolejny duży plus jest za pełną lokalizację, łącznie z dialogami (mimo, że jest ich jak na lekarstwo) oraz wszelkie efekty dźwiękowe. Fabuł jest dość prosta, dostosowana do różnych poziomów i zadań. Konflikt rozchodzi się o to, że pewien lalkarz, większość swojego życia bawił widzów, lecz w końcu mu się to znudziło i postanowił trochę „poigrać z ogniem”. Project wymknął się z pod kontroli i teraz dzielny Sackboy, musi stać się super bohaterem ratującym świat. Oczywiście możemy go stroić, ubierać, przebierać w przedmioty znalezione w czasie zaliczania poziomów. Całość gry została podzielona na 5 części różniących się od siebie, a każda z nich, także rozkłada się na kilka osobnych misji. Pod koniec każdego większego fragmentu fabuły (wspomniane 5 części), czeka na nas boss. Dla normalnego gracza pokonanie ich nie powinno stanowić większego problemu, natomiast młodsi odbiorcy mogą mieć pewne problemy, gdyż trzeba wykazać się naprawdę dobrym refleksem. Ogólny design poziomów stoi na wysokim poziomie, jest różnorodność otoczenia i parę dodatków, typu haki, rękawice lub wyrzutnia rakiet (pociski sterowane palcem). Między planszami porozrzucane są mini gry, często także dla dwóch graczy. Zwolennicy wyzwań logicznych muszą odwiedzić salon gier, z wyzwaniami podobnymi do tych popierdułek na smartfony. Niektóre jednak potrafią wciągnąć, stanowiąc bardzo fajną odskocznie od rozgrywki głównej (osobiście polecam Retro Wektor). Całość daje radę i potrafi wyrwać parę minut z życiorysu. Fani Little Big Planet mogą przedłużać żywotność tej pozycji praktycznie w nieskończoność, za sprawą możliwości edytora poziomów, które potem można wysyłać, bądź pobierać te stworzone przez innych graczy. Jest także możliwość wspólnej co-operacji, ale tu niestety kończy się przyjemność gry a zaczyna walka z lagami. Wystarczy, aby dołączyła do nas tylko jedna osoba i mimo szybkiego Internetu, zacięcia są na tyle dokuczliwe, że uniemożliwia to rozgrywkę. Psuje to niestety cały urok multi. Podsumowując, w nasze ręce został oddany porządny tytuł, udanie przeniesiony z konsoli stacjonarnej, wzbogacony o unikalne funkcję Vity. Kampania może najdłuższa nie jest, ale miło się ją przechodzi. Mini gry uzupełniają całość, a tworzenie poziomów pozwala na popuszczenie wodzy fantazji. Jak najbardziej  polecam, bo to tytuł, który chociaż na chwilę wyciągnie kieszonsolke Sony z bagna, w jakim siedzi z powodu braku przyzwoitych gier.

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Wiedźmin 2 Zabójcy Królów

Wiedźmin 2 Zabójcy Królów: Edycja Rozszerzona
Rok premiery: 2012
Platforma: XBOX 360

„Wiedźmin bohaterem narodowym” – takie słowa pojawiły się na ustach Polaków, gdy 18 kwietnia 2012r. na półkach sklepowych wylądował Biały Wilk, jak exclusive na X360. Fakt ten podkreśla informacja, że jedną kopię dostał sam prezydent Stanów Zjednoczonych, Barack Obama. Czy jego płytka wylądowała w czytniku, tego nie wie nikt, ale najważniejszy jest gest. Nie o tym nam jednak teraz rozmawiać, bo wrażenia z rozgrywki trzeba przelać na papier. Wiedźmin 2 to produkcja naszego Polskiego studia CD Project. Początkowo wydany tylko na PC, aż do teraz, gdy tę wspaniałą przygodę możemy przeżyć na konsoli giganta z Redmond. Kamera umieszczona jest w trzeciej osobie,  w rozgrywkę klasycznie wprowadza samouczek. Już od pierwszych chwil, olśniewają idealnie dopracowane szczegóły, mimika twarzy i wybór odpowiedzi, jaka padnie z naszych ust. Jest to po prostu RPG pełną gębą. Gerald opowiada Rochowi wydarzenia związane z królobójstwem, próbując dowieść niewinności, w sprawie, w którą został wplątany. Główny cel to dążenie do udowodnienia, kto jest prawdziwym zabójcą. Mimo to, wszędzie wokół knute są intrygi i walki polityczne. Jakby tego było mało, Biały Wilk, częściowo utracił pamięć, tak więc radzę się nastawić na bardzo rozbudowaną fabułę. Zwiedzać przyjdzie nam większość państw północy jak np. Temerie lub Aedirn. Poszczególne miasta ociekają detalami i czarują grafiką, mieszkańcy żyją własnym życiem, choć lubią komentować naoczne wydarzenia. Są też karczmy i puby, gdzie można spróbować swoich sił w walce na pięści lub w grze w kości. Za wygraną zgarniamy (nie)małą sumkę, którą u lokalnych kupców spieniężymy na uzbrojenie albo ulepszenie ekwipunku. Tak właśnie wygląda jeden świat, zaś drugi czai się poza bezpiecznymi murami. Sceneria leśna, szczególnie nocą, prezentuje się tajemniczo, groźnie. W dzień nie jest już tak strasznie, uwagę zwraca jednak wszelka roślinność i ruiny, napotkane podczas wypełniania zadań – niejednokrotnie są to widoki zapierające dech w piersiach. W walce, zależnie od sytuacji, głównym orężem są dwa miecze – jeden na ludzi, drugi na potwory. Dostępne są też ich ulepszenia, eliksiry i osełki, które przez pewien czas powodują zadawanie większych obrażeń. Upgrady dostępne są też dla zbroi a nawet całego ciała. Organizm Wiedźmina może przyjąć pewne eliksiry, poprawiające jego sprawność i wyczulające zmysły. Klasę w jakiej Geralt będzie się specjalizował wybieramy sami, poprzez drzewko rozwoju. Do wyboru są takie profesje, jak władanie mieczem, alchemia, czary i moc znaków. Aby lepiej poznać świat i przedłużyć sobie rozgrywkę, na tablicach ogłoszeń w miastach, są zadania poboczne, za które najczęściej zgarniamy oreny. Przeciwników do zlikwidowania nie brakuje, a są to tak ludzie, jak i wszelkiej maści potwory, od obleśnych ścierwojadów, po ogromne smoki. Biały Wilk płynnie i zręcznie posługuje się mieczem, po ulepszeniach lubi dawać częste riposty, a śmiertelne ataki nagradzane są pokaźnymi animacjami. W trakcie walki, dostępne jest szybkie menu, dość intuicyjne i podobne do tego z Mass Effect 3. Wybieramy w nim znaki, jakimi chcemy zaatakować wroga. A jest w czym wybierać: uderzenie kulą ognia, odepchnięcie/ogłuszenie, zahipnotyzowanie, unieruchomienie lub ochronna aureola dla nas samych. Wybierać trzeba szybko, bo czas się nie zatrzymał, a tylko zwolnił, przez co stajemy się łatwym celem. Do podstawowego zarządzania ekwipunkiem mam pewne zastrzeżenia. Jest mało intuicyjne, toporne i ciężko sprawdzić zastosowanie przedmiotów oraz ich „osiągi”. Atmosferę wzbogaca piękna kompozycja muzyczna, którą przy zakupie gry dostaje się w zestawie, jako osobny krążek z soundtrackami. Dorzucono także mapę świata, avatara i poradnik. Wszystko to kupimy za około 100zł. Jest to cena bardzo nieadekwatna do jakości produktu. Wiedźmin 2 to porządna gra, z rozbudowaną fabułą, którą można ukończyć , na (podobno) 16 sposobów, brutalnością, przemocą i erotyką, która tworzy gęstą, ale fantastyczną całość. Wszystkie te elementy idealnie się zazębiają i można przymknąć oko na błędy menu lub złe działanie mapy, nad którym nie chcę się rozwodzić. Są to kropelki w morzu tego bezkompromisowego dzieła, chłopaków z CD Project. Oczywiście produkcja przeznaczona jest dla starszego odbiorcy, ze względu na język i pewne sceny, które w bardzo dobry sposób przeniesiono z książki Sapkowskiego, tworząc wiarygodny i wciągający, wirtualny świat. Czekam na więcej.

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Forza Horizon

Forza Horizon
Rok premiery: 2012
Platforma: XBOX 360

To nie była łatwa decyzja. Sezon ogórkowy już dawno za nami, co oznacza, że branża wręcz nas zalewa nowymi tytułami. Na półkach sklepowych zalegają…., chociaż nie!, to złe słowo, idą jak świeże bułeczki Forza Horizon i Need For Speed Most Wanted. Osobiście wybrałem tę pierwszą, choć ciężko powiedzieć, aby konkurencja była daleko w tyle. Suma summarum, to exclusive na X360 trafił do czytnika i tak znalazłem się w słonecznym Colorado. Już w pierwszych sekundach, trzeba wziąć wdział w wyścigu o przepustkę, na festiwal. Jest on jednak swego rodzaju treningiem, aby zapoznać się z prowadzeniem samochodu. Na początku oczywiście rutynowo: powoli, mozolnie i ślisko, ale po paru wyścigach, za zgromadzone fundusze do wybrania i kupienia jest mnóstwo pięknych, egzotycznych aut. Potem zwiększamy ich osiągi i ulepszamy wizualnie, co czyni z jazdy czystą finezję. Dużo elementów tuningu zostało żywcem ściągniętych Motorsport 4, ale myślę, że można przymknąć na to oko. Skoro mamy już czym jeździć, czas zorientować się gdzie i jak. Ponieważ zabawa polega na pięciu się, po szczeblach sławy i zdobywaniu przez to specjalnych punktów, główne wyścigi, to te festiwalowe. Ranga kierowcy określana jest na podstawie koloru opaski, którą posiada. Celem jest zdobycie tej najważniejszej, złotej i wyścig z trzykrotnym mistrzem, Dariusem Flintem. Dla urozmaicenia i przedłużenia czasu gry, są rywalizacje z samolotem, tak, dobrze czytacie, z samolotem, helikopterem, czy balonem. Wygrana w takich wyzwaniach oznacza nowy samochód i kredyty. Trzeci typ, to wyścigi uliczne, które najbardziej się opłacają, bo przynoszą największe dochody. Na nie, wpływa także, poziom trudności. Im ciężej, tym więcej, co jest miłą i uczciwą propozycją. Model jazdy, cała mechanika, jest bardzo przyjemna, szczególnie w podrasowanym wozie. Różnice w prowadzeniu widać, gdy zboczymy z asfaltu na piaszczystą drogę, szybkim, nisko zawieszonym autem. Pozytywnych wrażeń mi to nie dostarczało, ale ok, przynajmniej nie ma monotonnej twardej nawierzchni. Co innego cykl dnia i nocy. Połowa mojej prośby, jak widać, została wysłuchana, teraz jeszcze czekam na zmienną pogodę. Jazda po zachodzie słońca jest klimatyczna, co świetnie prezentują uliczne wyścigi, a kulminacją, jest widok  festiwalu rozświetlonego fajerwerkami, wręcz tętniącego życiem. To właśnie tam kupujemy i ulepszamy wozy, odbieramy kolejne opaski i korzystamy z usług sieciowych. Ciekawy i praktyczny pomysł, tym bardziej, że impreza jest w centrum mapy, na której wybieramy konkurencje. Do woli można lansować się furą, gdyż świat jest otwarty i pozwala na eksploatacje każdego zakamarka. A to się opłaca, bo do odnalezienia jest 9 zapomnianych zabytków motoryzacji. Również wzdłuż dróg, poustawiane są reklamy (takie czerwone kropy na mapie), a za ich zniszczenie są przyznawane rabaty. Ich liczba to sto, czyli 100% promocji do uzyskania. To taki ukłon w stronę sprzeciwu, wobec reklam w grze – a przynajmniej takie jest moje zdanie, niemniej jednak, oryginalny pomysł i zasługuje na uznanie. Rzecz, która wydała mi się śmieszna to… JA. A dokładniej mój awatar, który przez te kilkadziesiąt godzin nie powiedział ani słowa. Tu twórcy powinni coś wymyślić, bo to naprawdę głupio wygląda. To także jest do przełknięcia, bo napisy a nawet dubbing, są w naszym ojczystym języku. Bardzo pozytywne zaskoczenie wywołała w mnie muzyka. Są trzy stacje radiowe z różnego rodzaju piosenkami, ale to i tak pikuś w porównaniu z tym, że są one licencjonowane i remixowane! Przyczepie się jednak do tego, na co miałem wielką nadzieję a okazało się klapą, tzn. zniszczenia otoczenia. Moja maska przedarła się tylko przez 2 płotki i kilka reklam. Nie ma mowy o łamaniu lamp lub drzew. Szkoda, ale nie oszukujmy się, staruszek Xbox ma już 7 lat, a i tak wykrzesano z niego piękną grafikę i efekty oraz malownicze krajobrazy. Widać, że Microsoft oraz chłopaki z Turn 10 mają łeb na karku, bo stworzyli produkcje, która oprócz Most Wanteda, niszczy konkurencję, a na dodatek posiada tę magię, która zachęca grającego do jeszcze jednego wyścigu i jeszcze jednej minuty, którą wręcz pragnie się spędzić na festynie w Colorado. Nie zapomniany klimat dla fanów wyścigówek i tych, którzy chcą oderwać się od nudnej rzeczywistości w miejskich korkach.

Karol Malec

Opublikowano Recenzje | Skomentuj

Fanboy-e

Fanboy, jak wskazuje Wikipedia, to osoba oddana danemu produktowi, bezkrytyczna wobec niego i agresywnie broniąca go przed nieprzychylnymi opiniami innych użytkowników. Tego typu osoby można spotkać także w branży gier, czy to video, czy komputerowych. Pytanie tylko, po co te wszystkie wojny, wyzwiska i skupianie swojej uwagi na danym np. producencie ? To, że jedna rzecz przypadła nam do gustu, nie oznacza, że reszta jest zła i do niczego się nie nadaje.
Najzacieklejszy spór dotyczy oczywiście platform, które są obecnie dostępne na rynku. Wielokrotnie widuje posty o tematyce: „Sony ma najlepsze konsole, a Microsoft nawet nie dorasta mu do pięt”. To jest oczywiście przykład i nie posiada żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Dla mnie każdy produkt ma zalety i wady, nie ma rzeczy idealnych. Trzeba czasem spojrzeć krytycznym okiem na swoje przyzwyczajenia, nawyki i przekonania. Playstation 3 posiada bardzo ciekawą bibliotekę exclusivów, a ponadto darmowy Internet do multiplayera i czytnik płyt Bluray. Mimo to, wybrałem jednak X-kloca, ponieważ uwiódł mnie sam design- ten zielony kolor, który bardzo ładnie komponuje się z czarnym, ale oczywiście, również jak na Playstation, bogata biblioteka tytułów na wyłączność. Owszem, największym utrapieniem jest abonament potrzebny do korzystania z xbox-live i wszystkich funkcji sieciowych, jednak można to jakoś przełknąć, szczególnie widząc kolejną grę z serii „Gears of War”, na którą aż ślinka cieknie lub znane (i lubiane) wyścigi, o tytule głównym „Forza”. Pojawiała (i pojawia) się chętka, na konkurencyjną konsole, jednak uważam, że oba „obozy” mają silne argumenty by przekonać do siebie klientów. Nie wiem co przyniesie kolejna generacja, jednak poważnie się zastanowię, którą platformę wybrać.
Bardzo ważną rzeczą, jest oczywiście jedność i utrzymywanie wspólnoty łączącego nas hobby. Jak wiadomo, smartfony, oraz, pożal się Boże, gry free-to-play (pay-to win – ale o tym, w osobnym felietonie) stanowią coraz większe zagrożenie dla konsol. Dość głośno było o tym, że PS Vita ma być już ostatnią platformą przenośną. Czas pokaże, ale miejmy nadzieje, że tak się nie stanie. W takiej sytuacji nie może dochodzić, między nami, graczami, do podziałów. Dobrze, że każdy ma swoje zdanie i stara się go bronić, ale w opozycji do tego, staje tolerancja, której wbrew pozorom, wielu osobom brakuje. W grupie siła, miejmy swoje upodobania, ale szanujmy przy okazji innych i ich poglądy.
Tu nasuwa się także sprawa czysto ekonomiczna. Co, jeśli spełniło by się życzenie jakiegoś Fanboy-a i prym wiodła by tylko jedna konsola? Oznaczało by to wyeliminowanie i całkowity brak konkurencji. W konsekwencji doprowadziło by to, do wzrostu cen i spadku jakości, bo ludzie i tak kupili by to, co by się im rzuciło, nie mając innego wyjścia. Konkurencja jest potrzebna, co nie ulega wątpliwości. Dwóch gigantów – Microsoft i Sony, oraz mniej popularne w naszym kraju Nintendo, idealnie się uzupełniają i poprzez swoje, coraz to nowsze, lepsze i ciekawsze produkty, walczą o portfele graczy.
Tak więc, podsumowując dzisiejsze rozważania, najważniejsze jest trzymanie się razem, pomimo licznych różnic, w poglądach i gustach. Nie należy ślepo zapatrywać się w daną markę, ubliżając przy okazji innym. Jak już wspomniałem, czasy są takie, że każdy podział może skończyć się klęską, a powrót na „dawne śmieci” rzeczą już nieosiągalną. Trzeba najpierw zapobiegać, a dopiero później, dążyć do ewentualnego powrotu, do czasów świetności.

 

Polecam nad tym pomyśleć i pozdrawiam ;)

Karol Malec

Opublikowano O wszystkim i o niczym, czyli refleksje | Skomentuj

Pierwsze kroki…

Polecam rzucić okiem na mój felieton:


http://www.ppe.pl/news-18896-Hardkor_Wiedzmin_2_to_cos_wiecej.html

A także przeczytać listo-felieton w aktualnym miesięczniku NEO+ (grudzień/9/2012):


http://neogo.pl
/ – str. 95, tytuł: „Z PAMIĘTNIKA MŁODEGO RECENZENTA” ;D

Opublikowano Początek... | Skomentuj